2015-11-01

Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw?

Przy Dużym Stole: Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw?

Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw?

Od 2 już chyba lat przymierzałam się do zakupu suszarki do grzybów. Przypominałam sobie o niej nawlekając na nitki kolejne zbiory i miotając się potem z nimi między balkonem a piekarnikiem, jak zaczynało padać :) Obiecałam sobie dawno temu, że nie będę popełniać zakupów w afekcie, szybko, szybko, teraz potrzebuję, bo wiadomo jak się to kończy… Grzybów w tym roku w moich okolicach raczej się nie uświadczy, ale myśląc o nich przypomniałam sobie o suszarce i po tygodniu doktoryzowania się z tematu postanowiłam mieć kiedyś kuchnię z piecem kaflowym, bo rozsądniejszego wyjścia nie widzę.

Podejrzewam, że nie tylko mnie irytuje konieczność właśnie doktoryzowania się w przypadku przymierzania się do kupna jakiegokolwiek sprzętu AGD czy RTV. Nieważne czy to suszarka do włosów, czy do warzyw, telefon czy telewizor. Sami wiecie… Przy zakupie suszarki, albo dehydratora :), bo i z taka nazwą się można spotkać (pssst, to te droższe, robią to samo, tylko… w sumie robią to samo) moim zdaniem warto dokładnie się zastanowić co dla nas, tak naprawdę, będzie ważne. Potem tylko zaznaczyć najważniejsze i tego się trzymać :)

Przy Dużym Stole: Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw?

Warto zwrócić uwagę na:
- poziom hałasu, czyli jak to głośno “chodzi” – jeśli macie w domu osoby o lekkim śnie, małe mieszkanie, do szału doprowadza Was buczenie, jednostajne dźwięki, a może wręcz przeciwnie – suszarka będzie stała gdzieś na końcu świata i może rzęzić do woli? Tutaj zauważyłam rozrzut 20-68 dB, najczęściej im większa moc, tym więcej hałasu.
- moc (245-750 W) – ponoć przekłada się na wydajność, ale umówmy się, ta zależy od wielu czynników. Zauważyłam, że na forach grzybiarskich użytkownicy obstawiają “im więcej, tym lepiej”, argumentując, że moc przekłada się na temperaturę suszenia i przez to na szybkość. Rozumiem pośpiech, jeśli w rogu kuchni stoją 3-4 koszyki grzybów i cichaczem psują się czekając na swoją kolej... Ale gdyby tak mieć więcej sit, powiedzmy dwa razy więcej, i zwyczajnie zostawić toto na całą noc w “naukowej”? Na forach zajmujących się zdrowym odżywianiem (w różnym stopniu fanatyzmu) zdania są podzielone – wolniej (w niższej temp. przez dłuższy czas, ale zachowując więcej wartości odżywczych), albo szybciej, w wyższej temperaturze, zachowując więcej wartości odżywczych. Nie nie walnęłam babola, cel mają ten sam grupy obie, tylko nie mogą się dogadać, która z metod pozwala go osiągnąć :)
- z/bez wentylatora, który wymusi cyrkulację powietrza, żeby się równo suszyło;
- kształt sit – przypomniał mi się a propos cyrkulacji powietrza – większość suszarek w przystępnych cenach ma okrągłe sita, ale znajdzie się kilka prostokątnych, a nawet sześciokątna (jakie to może mieć plusy, ktoś wie?), no i jak, według Waszej oceny, będzie się rozchodzić ciepłe powietrze w prostokątnych?
- nawiew od góry/od dołu – jak na mój chłopski rozum, to ciepłe do góry poleci, lżejsze jest, więc nawiew od dołu ma sens + miota się potem człowiek z sitami tylko, nie musi do tego jeszcze sobie dokładać górnej pokryty, w której schowane są wszystkie bebechy, tak?
- wielkość urządzenia - bo przecież trzeba je gdzieś przechowywać, kiedy nie jest używane. Miejsce albo jest, albo go nie ma, ale warto zwrócić uwagę na ilość sit (3-12), ich wysokość i możliwość regulacji tej wysokości (złożone na min. zajmą mniej miejsca/ 1,3-8 cm);
- wielkość powierzchni do suszenia – średnica sit (26-34 cm) x ilość sit (3-12) + regulacja ich wysokości, gdyby przyszło suszyć kawałki różnej grubości, czy dużą/małą ilość produktów;
- wielkość-wariacje – jaka jest minimalna ilość sit, które powinny być na suszarce, żeby jej nie przegrzać? czy można dołożyć dodatkowe sita, oprócz tych, które przychodzą w opakowaniu, bo zdarza się, że i owszem, więc może warto kupić tańszą suszarkę z np. pięcioma i dokupić ze trzy, zamiast droższej z dziewięcioma?
- wysokość i regulacja wysokości sit – grzybiarze wolą wyższe (suszenie całych kapeluszy), z drugiej strony, jeśli wiecie, że będziecie suszyć cieniusie plasterki tylko, to sita o nieregulowanej wysokości 8 cm będą tylko problemem przy przechowywaniu urządzenia; sita z regulacją wysokości łatwiej przechowywać i pozwalają suszyć kawałki różnej wielkości;
- sita przezroczyste/nie – na pierwszy rzut oka to różnica jest taka, że z zewnętrz widać, albo nie, co w środku się dzieje. Ale potknęłam się też o taką uwagę jednego z producentów: “Dzięki obudowie wykonanej z nieprzezroczystego materiału suszone produkty nie tracą witamin”. Ooooook…
- pokrywa z otworami, albo panelem przesuwnym do regulacji otworów, który daje jakąś kontrolę nad szybkością uchodzenia ciepłego powietrza (i pary wodnej…) z urządzenia;
- temperatura – regulacja: skokowa (programy – ile i do czego?), albo płynna (pokrętło). Pokrętło jakieś bardziej analogowe i wydaje mi się mniej awaryjne, ale kontroli niekoniecznie tyle co przy programach. Chcecie kontroli, czy nie?
- temperatura – zakres: umówmy się, że suszenie w temperaturze pokojowej średnio ma sens, dodalibyśmy tylko ruch powietrza, a do tego wystarczy dobry przeciąg ;) 38-77°C, takie zakresy znalazłam. Od ziół (delikatne, mało wody, cienkie “kawałki”) po ryby, mięso i Jerky, czyli uwspółcześnioną wersję Pemikan, które pewnie znacie ze szczenięctwa i książek o Winnetou. Mnie wychodzi na to, że lepiej w niższej temperaturze przez dłuższy czas (równomiernie w całej grubości schnie?), niż przygrzać szybko po wierzchu i co z środkiem wtedy?

(tak, wiem, to zaczyna przypominać cierpienia młodego Wertera… zdjęcie w ramach przerywnika? proszszsz…)

Przy Dużym Stole: Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw? Przy Dużym Stole: Jaką wybrać suszarkę do grzybów, owoców i warzyw?
 
Motywacja wróciła? Napatrzyli się na witaminę C w róży lokalnie zebranej i mniej lokalne portugalskie gruszki rodem ze Stonki, pyszne swoją drogą? Nie, te które znalazłam na zaprzyjaźnionej miedzy nie nadają się do spożycia…

Jak już była mowa o sterowaniu, to jeszcze prysznice i bezpieczeństwo :)
- ochrona przed przegrzaniem, nie ma co ukrywać, przezorny albo ją ma, albo szuka lepszego ubezpieczenia na mieszkanie ;)
- timer – jak uważacie? Jak dla mnie, to przydatne, ale niekonieczne, zawsze można użyć taimer zewnętrznego, wiecie ten przydaś, co to się go między wtyczkę sprzętu właściwego a gniazdko?
- funkcja zliczania i ustawiania czasu – proszę o Wasze komentarze :)
- funkcja jogurtownicy z pojemnikami – wygląda mi na to, że dodają kilka pojemników na jogurt i pokrywa jest trochę wyższa w takich modelach. Jak uważacie i o ile potrzebujecie, mnie wystarcza słoik i kawałek wolnego blatu w lecie oraz kaloryfer w zimie;
- możliwość mycia sit w zmywarce – wedle potrzeb każdemu :)
Są jeszcze suszarki w opcji “nawet, gdyby mnie było na nią stać, to bym tyle nie wydała”. Tysiąc złotych, dwa, trzy, nie żartuję i się nie wypowiem, zdania nie mam, bo ich nie brałam nawet pod uwagę i nie zgłębiałam tego zakątka. Może Wy coś wiecie?

Mój przypadek:

- jak już mam co suszyć, to na 99% przypadków jest tego ilość spora = 3 do 5 sit odpada
wybrałam model z 9 sitami, nie braknie, a zawsze mogę niepotrzebne wyjąć i zostawić 5 min. wymagane dla bezpieczności (kto powiedział, że na pusto 3 nie mogę wrzucić i 2 załadowanych?
- 245 W, ale zakres temp. 35-68°C – mnie wystarczy, bo
- programy: 35°C - zioła i przyprawy; 41°C - orzechy i nasiona, 46°C – rękodzieła (zgaduję, że np. aniołki z masy solnej tu się załapią); 58°C - warzywa i owoce, 68°C mięso, ryby;
- zależało mi na łatwości utrzymania tego w czystości, więc panel dotykowy, z jednego kawałka (mam guziki on/off, “+” i “-“ do skakania po programach i wyświetlacz pokazujący °C);
Panuję suszyć głównie “przez noc”, więc nie potrzebowałam timera ani procesora i5.
- raczej cicha – 46 dB;
- okrągłe sita, niech sobie wiruje to powietrze w zgodzie z naturą i po najmniejszej linii oporu, nie ma zakamarków trudnych do umycia i wykorzystania;
- sita przezroczyste, przynajmniej widać, co się dzieje;
- dodatkowe wkładki do sit, takie o małych otworach – do suszenia drobnicy;
- brak regulacji wysokości sit, ale też nie planuję słonia tam wciskać;

Jaką kupiłam?
To powiem jak potestuję jeszcze chwilę i sklep z producentem wymienią mi egzemplarz. Dostał mi się taki z lekką wadą panelu, ale “Proszę używać śmiało suszarki. W połowie przyszłego tygodnia (o czym Panią poinformujemy) przyjedzie kurier z nową i zabierze starą.“
Szacun, że tak sobie kolokwialnie pozwolę.

Lecę, mam jabłka z miedzy do suszenia przygotować, zrobię ich dwa razy więcej, albo i trzy, bo jakoś podejrzanie ich z puszek ubywa :-*

2015-10-14

Szybki obiad – dorsz zapiekany ze szpinakiem i śmietaną

Przy Duzym Stole: Szybki obiad – dorsz zapiekany ze szpinakiem i śmietaną

Kolejne z dań, które wymagają minimum pracy i stania w kuchni – nagrzać piekarnik, wrzucić co trzeba i mamy minimum pół godziny wolnego czasu. Jak go spożytkujecie, to Wasza sprawa, ja wskoczyłam do wanny ;)

Pieczone ziemniaki opcjonalne, jeszcze szybciej można zrobić grzanki z masłem czosnkowym, czy ziołowym, no i piekarnik już nagrzany. Warzywa? U mnie dziś mocno dojrzałe pomidory skropione octem balsamicznym.

Haczyk? Trzeba mieć w zamrażalniku rybę i szpinak :)

 

Przy Duzym Stole: Szybki obiad – dorsz zapiekany ze szpinakiem i śmietaną

Dorsz zapiekany ze szpinakiem i śmietaną

500 g mrożonego dorsza w dzwonkach
(lub innej ryby, ulubionej)
400 g mrożonego szpinaku
niecały duży pojemnik śmietany 18%
1 łyż. tłuszczu (oleju kokosowego np.)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa/pieprz ziołowy
1-2 ząbki czosnku

Nagrzać piekarnik do 200°C. Płaskie naczynie ceramiczne, do zapiekania, natłuścić.
Ryby nie trzeba rozmrażać, wystarczy przelać ją gorącą wodą, żeby przyprawy miały się jak przykleić.
Dzwonka przyprawić z obu stron solą, pieprzem i gałką muszkatołową, albo pieprzem ziołowym, i ułożyć w naczyniu, w miarę możliwości jedną warstwą.

Na rybę wyłożyć szpinak, posypać posiekanym czosnkiem, zalać większością śmietany, można jeszcze doprawić po wierzchu i do piekarnika z tym.

Czas pieczenia zależy od grubości ryby, naczynia i kursu franka pewnie też – sprawdzać trzeba. Pierwszy raz, jak zacznie solidnie pachnieć.

I już :) w sumie – jak gotowe, to zjeść ;)

p.s.
zdarzyło mi się, że zostało mi trochę ryby, ale sosu mało – na szybko na patelni przesmażyłam małą szalotkę i ząbek posiekanego czosnku, dorzuciłam pozostały w opakowaniu (500 g) szpinak, doprawiłam, dodałam resztę śmietany i poddusiłam chwilę. Ryba polana takim sosem prezentuje się ładniej niż zapiekana pod sosem, więc kolejna opcja do zapamiętania :)

Smacznego :)

2015-09-20

Sok i syrop z kwiatów czarnego bzu

Przy dużym stole: Sok i syrop z kwiatów czarnego bzu

Trochę się bawię w czarownicę w tym roku i to, w połączeniu ze szwendaniem się po okolicy na rowerze, spowodowało, że zaprzyjaźniłam się z pewną miedzą, na której rośnie wiele krzaków czarnego bzu i spektakularnych, starych, poniemieckich, jabłoni. Owoce czarnego bzu były tak piękne, że musiałam je mieć ;) Skutek taki, że w spiżarce stoi rządek buteleczek z pięknym syropem i drugi – słoików z sokiem. Jeśli macie ochotę na czytanie, to obawiam się, że się rozpiszę mocno, a jeśli na przepis, to przewijajcie niżej, śmiało :)

Czuję się teraz trochę bardziej przygotowana na jesień i zimę, jeśli nie psychicznie, to chociaż spiżarnie ;) No i jeszcze zapobiegliwa oraz oszczędna (2o PLN + przesyłka za 400 ml soku w sprzedaży…) oraz podążająca z duchem czasów (na świecie), albo nawet go wyprzedzająca (lokalnie). Foraging (zbieractwo) robi furorę na świecie, chociaż ponoć niejaki Tim Hayward razu pewnego napisał tweet’a mniej więcej w ten deseń “5 tysięcy lat rolnictwa, a teraz wszyscy zajmujemy się zbieractwem. Ludy Mezopotamii zastanawiają się po co się męczyły”. I piękne to zbieractwo, i straszne trochę, bo gdyby się tak nagle wszyscy rzucili zbierać, to szkód będzie masa. Nie będę się rozwodzić, bo u mnie noc późna, istnieje więc ryzyko, że przerodzi się monolog w coś długości światłowodu z dna Atlantyku, ale zawsze zapraszam do rozmowy, czy to w komentarzach, czy za pomocą e-maili, albo na Facebook :) Swój dziki bez zbierałam z głową i rozsądkiem, mimo lekkiego obłędu w oczach :) W planie jeszcze nalewka oraz owoce suszone, ale to już z inne miedzy, no i mam już dżem/galaretkę z owoców czarnego bzu :)

Czarny bez to jedna z ukochany roślin czarownic, wiele z Was wie więc zapewne, że “przebywanie w cieniu krzaków czarnego bzu zwiększa pole ochronne wszystkich żywych istot” i że “przechodząc obok (…) wypowiedz głośno swoje życzenie, a wkrótce się ono spełni, i ile nie jesteś egoistą, bo tych (…) bardzo nie lubi” ;) Planujących, albo budujących akurat dom, zapewne zainteresuje, że “rosnący (…) w ogrodzie chroni dom przed piorunami, a jego mieszkańców przed czarną magią”. Proszę nie lecieć szukać krzaków do wykopania i przesadzenia do siebie, bo trzeba mieć na uwadze trzeba, że “krzewu czarnego bzu nie wolno wykopywać, ani karczować, gdyż przyniesie to nieszczęście, zaś jeśli sam się zasiał, trzeba o niego dbać” ;)

Na poważnie, to czarny bez wewnętrznie stosowany był od zawsze w ziołolecznictwie w przypadku gorączki, przeziębienia, kaszlu, dolegliwości dróg oddechowych, reumatyzmu, osłabienia, przewlekłych zaparciach, ale opowiadam o nim głównie dlatego, że smaczny jest bardzo :) Jeśli chcecie go używać leczniczo dokształćcie się najpierw, bo w żadnym wypadku autorytetem tutaj nie jestem, ok?

Jeszcze słowo przestrogi – każda część krzaka czarnego bzu jest trująca na surowo, w mniejszym lub większym stopniu (tutaj info rzeczowe bardziej), może uczulać, nie wolno przetwarzać owoców, które nie są w pełni dojrzałe.

Przyjemna część – bierzemy koszyk, może nawet i coś na kształt pikniku i udajemy się w najbliższą relatywną dzicz. Im dalej od drogi, komina, czy innego wysypiska śmieci, tym lepiej. Gałązki baldachów odłamują się łatwo całkiem, więc zbieranie jest całkiem przyjemne i po chwili można się rozsiąść na trawie i oddać piknikowaniu. W domu przekładamy owoce do zlewu, albo miski pełnej zimnej wody, można dolać trochę octu, i płuczemy owoce dokładnie (kurz i owady). Osączamy na durszlaku i szukamy kogoś, kto nas zagada na czas przygotowania owoców do dalszej obróbki – sadzamy kogoś z nami w kuchni, może nawet pomoże, albo zaprzemy do pracy słuchawki od telefonu i dzwonimy do kogoś cierpliwego ;) Uzbrojeni w widelec przystępujemy do odrywania owoców od gałązek. Jak już się złapie sedno to idzie całkiem sprawnie taka praca. Na zachętę mogę powiedzieć, że z 2,5 kg owoców wyszło mi 2,5 l syropu, albo innym razem ok. 3 l soku.

Przepis o tyle prosty, że w zależności od czasu odparowywania otrzymamy albo sok, rzadszy, albo syrop, gęstszy.

 

Przy dużym stole: Sok i syrop z kwiatów czarnego bzu

Sok i syrop z kwiatów czarnego bzu

1 kg dojrzałych owoców czarnego bzu
0,5 kg cukru
1 szkl. wody
ew. sok z połówki cytryny,
albo 1-2 łyżki octu jabłkowego
dla upiększenia koloru

Owoce, przygotowane jak w opisie powyżej, zasypać cukrem (można na tym etapie odstawić całość w chłodne miejsce do rana), dolać wodę i gotować na najmniejszym możliwym gazie, do uzyskania pożądanej gęstości soku lub syropu.

Cały wic polega na tym, żeby nie dopuścić do wrzenia. Można owoce potraktować ubijaczką do ziemniaków, żeby oddały sok. Gotowy przecedzić przez sito, można odcisnąć, albo nawet trochę przetrzeć, ale wszystkie pestki wędrują do kosza. Dla upiększenia koloru można dodać soku z cytryny, albo octu jabłkowego. Gorący rozlać do wyparzonych butelek (u mnie to butelki o pojemności 250 ml, po wodzie mineralnej), szczelnie zakręcić. Sok pasteryzować ok. 15 minut, syrop – nie trzeba. Wykładam miskę grubą ścierką i w niej ustawiam, do góry kolami, butelki z gorącym syropem, zostawiam do wystygnięcia.

Można stosować pomocniczo w leczeniu, albo dla czystej przyjemności, co prawda z umiarem (patrz – właściwości), ale i błogością.

p.s. gratulacje – właśnie zostaliście zbieraczami ;)

2015-09-03

Nadużycie i lektura bez użycia, czyli dlaczego dzieci grymaszą przy jedzeniu

IMG_7683

Dzień dobry :) Dziś trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, po dłuższej przerwie, ale z niejakim zapałem.
Ostatni garnek jagód, prosto z Gór Izerskich moich ukochanych, z pozdrowieniami od p. Stacha ze Stacji Turystycznej Orle, bulgocze sobie spokojnie, a ja cieszę się nowym monitorem i podczytuję jedną z książek z dzisiejszego szaleństwa księgarniowego.

Tak się czasem splatają wydarzenia, i ludzie, i miejsca, że człowiek zostawia majątek w księgarni, który miał być przeznaczony na zupełnie coś innego. Odbieranie telefonu przed przydrożną księgarnią, dziecko wymuszające na rodzicach zakup książki (nie dla dzieci, +18) krzykiem i rzut oka na okładkę innej. Planowałam ją od jakiegoś czasu, ale do pilnych zakupów nie należała – “W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckermann, bo znajome dzieci grymaszą na różne sposoby. Bodziec znakomicie był głośny i skuteczny (“niech ma i przestanie, przecież nie czyta jeszcze”), a efekt w postaci dwóch toreb książek, przecenionych co prawda, uszczuplił budżet znacznie. Zaprzyjaźnione panie z obsługi obiecały co prawda, że jak mnie z domu wyrzucą za szaleństwo, to one fotel udostępnią, ale… sami wiecie :)

Chwilowa refleksja – jak my, Polacy, nie potrafimy pupili układać należycie i kradną gościom żarcie z talerza oraz wyczyniają inne politycznie niepoprawne rzeczy, to co dopiero o dzieciach mówić? Patrz: echa akcji uchodźczej w Internecie i ksenofobiczne, rasistowskie komentarze dzieci czasem nawet, młodzieży – w ilościach hurtowych, a także rodziców. Zagalopowałam się, nie po to tu zaglądacie :) Ale jak już zaczęłam, to proszę, wyważone spojrzenie na temat tutaj znajdziecie.

Zmierzałam, okrężną mocno drogą, do tego, że mam niezłą książkę i z tej racji będę się dziś żywić ciastem maślankowym Tobatki z jagodami, brzoskwiniami i czekoladą. Pyszne wyszło, ale mocno niefotogeniczne, kolory raczej smętne :)

Do poczytania niedługo – mam mnóstwo zaległych wpisów i wygodny do pracy monitor :-*

2015-07-14

Letnia sałatka z sałatą Little Gem, kiełkami i żurawiną

Przy Dużym Stole: Letnia sałatka z sałatą Little Gem, kiełkami i żurawiną

W ramach obiado-kolacji i śniadań do pracy królują ostatnio sałatki najróżniejsze - szybko, bez ceregieli, sezonowe i zdrowe. Gorąco i czasu jakby mniej, choć dzień długi. Jakoś wolę pocieszyć się wolnością poza domem, niż spędzać czas w kuchni :) Sałatki mają to do siebie, że przy odrobinie wyobraźni można je skomponować z tego, co pod ręką akurat, albo w sezonie właśnie. Bazą mojej jest sałata Little Gem, która ostatnio zaczęła się częściej pokazywać w sklepach (hurrrraaaa!). Polubicie ją nie tylko za smak, ale też za cierpliwość (długo się przechowuje) i wytrwałość – nieszybko mięknie polana sosem.

Sałata, wbrew pozorom, ma u mnie delikatne zszarganą opinię. Liściaste kumulują dużo fluoru i metali ciężkich, ale z drugiej strony raczej są hodowane “pod szkłem”. Z piętnastej strony, zwłaszcza odmiany o ciemnych liściach, zawierają dużo witaminy K i A.

Pod ręką miałam jeszcze kiełki – mieszankę do smażenia, tzw. stir fry, zawierającą kiełki soczewicy, fasoli mung i cieciorki. Dla koloru, chrupkości, no i wartości odżywczych dodałam marchew, a potem jeszcze żurawinę suszoną, z rozpędu trochę.

Sos – najprostszy, majonez wymieszany z maślanką i pieprzem ziołowym. Jeśli to danie główne ma być, to przydadzą się może tosty z masłem czosnkowym, albo bagietka?

 

Przy Dużym Stole: Letnia sałatka z sałatą Little Gem, kiełkami i żurawiną

Letnia sałatka z sałatą Little Gem, kiełkami i żurawiną

na każdą osobę potrzeba:
główkę sałaty Little Gem
garść kiełków
garść żurawiny suszonej
1/3-1/2 marchewki
(ew. kawałek selera naciowego)
łyżkę majonezu
łyżkę maślanki
pieprz ziołowy
ew. sól

Sałatkę opłukać, osączyć i porwać listki do miski prosto. Dodać kiełki i żurawinę. Marchew, obraną i umytą, zetrzeć na grubych oczkach, albo dać komuś do starcia i uniknąć poobcieranych kciuków ;) Ew. dodać jeszcze kawałek selera naciowego pokrojonego w cienkie plasterki.

W osobnym naczyniu przygotować sos – do majonezu wmieszać rózgą maślankę i pieprz ziołowy. Według mnie sól zbędna w tym wypadku, majonez sam z siebie ma jej sporo.

Teraz połączyć sos z przygotowanymi warzywami i gotowe :) Chyba, że to sałatka do pracy, to mieszamy dopiero na miejscu :)

Można sałatkę podać z grzankami, w wersji rozpustnej nawet z grzankami z masłem czosnkowym, bagietką, albo w picie, czy tortillach – to już własne szaleństwo każdemu podpowie. W kieliszkach proponuję podawać teściowej, w ramach poszerzania horyzontów ;)

Smacznego!

p.s. opowiecie o swoich najlepszych sałatkach z tego, co pod ręką akurat było?

2015-03-09

Zdrowszy omlet – z otrębami i zieleniną

Przy dużym stole: Zdrowszy omlet – z otrębami i zieleniną

Omlet zdrowy sam w sobie i nie dajcie sobie wmówić inaczej. Różni naukowcy wmawiają nam co czas jakiś, że “nie więcej niż X” czegoś na tydzień, ale za pół roku zmieniają zdanie. jedyne co trzeba pamiętać, według mnie, to zachowanie różnorodności i zdrowego rozsądku. Tutaj w wersji z otrębami pszennymi, żeby zagłuszyć wszystkim wyrzuty sumienia i, w ramach rozpusty, tartym Grana Padano, Pecorino albo Parmezanem, co tam macie na stanie . Z boku jeszcze awokado, z odrobiną soku z limonki, sól, pieprz. Tak, dalej nie lubię awokado, ale jakoś jak nie zjem pół chociaż dziennie, to mi się śni po nocach. No co zrobię ;) Zielenina jeszcze, wiosna w końcu :), szczypiorek z parapetu i natka selera naciowego.

Dumnam z tego patentu – zawsze świeże zielone na oknie. Zostawiam “serce” selera naciowego z 2-3 łodygami i do wody z tym. Zazieleni się i urośnie, a potem następny, i następny, i następny :) Chwaliłam się już 5 razy pewnie, co? ;)

Taki omlet z dodatkiem np. awokado może być ciepłą, lekką kolacją, albo drugim daniem do pięknej zupy, śniadaniem, albo i nawet daniem typu tapas, zwinięty w rulon omlet kroi się na plasterki i na każdym kładzie kawałek awokado.

Lubimy takie, wszechstronne :)

 

Przy dużym stole: Zdrowszy omlet – z otrębami i zieleninąZdrowszy omlet – z otrębami i zieleniną
porcja dla 2 osób

3-4 jajka
2 łyżki słodkiej śmietany
1-2 łyżki masła
1-2 łyżki otrąb pszennych
starty twardy ser typu Grana Padano
szczypiorek, natka selera naciowego
sól, pieprz

1 awokado
sok z limonki

Jajka w miseczce rozkłócić ze śmietaną, doprawić. Na patelni roztopić masło i wlać masę jajeczną.
Kluczem do sukcesu jest delikatność i nie za duży płomień. Jajka ścinają się od spodu, trzeba na początku delikatnie przesuwać ścinającą się masę, łopatką chyba najskuteczniej, i zalewać jeszcze płynną masą wolne miejsca. Można też przechylać patelnię i wlewać masę pod podnoszone brzegi. Kiedy prawie cała masa zaczyna się ścinać trzeba przykryć patelnię pokrywką, albo dużym talerzem i jeszcze odrobinę zmniejszyć płomień.

Zetrzeć ser i posypać większością gotowy omlet.

Teraz szybciutko posiekać szczypiorek i natkę. Pokroić awokado, ułożyć na talerzu.
Złożyć omlet, przekroić na pół, na talerz z nim. Posypać zieleniną i resztą sera.

Awokado skropić sokiem z limonki, doprawić i podać nim ostygnie.
U mnie bez pieczywa, ale kto Wam broni podać “z”? ;)

Smacznego!

2015-03-07

Szybka sałatka na kolację – musztardowo-miodowa z kurczakiem

Przy dużym stole: Sałatka musztardowo-miodowa z kurczakiem

Szybka sałatka = szybki przepis, bez wgłębiania się w techniki przygotowania, chyba, że ładnie poprosicie w komentarzach ;) Ryż “gotuje” się, zalewając go wrzątkiem.
Przyda się olej sezamowy, 250 ml wystarcza na dłuuuuugo, ale równie dobrze nada się olej z suszonych pomidorów, czy zwykła oliwa z oliwek.

 

Przy dużym stole: Sałatka musztardowo-miodowa z kurczakiemSałatka musztardowo-miodowa z kurczakiem
(2 porcje)

2 małe piersi z kurczaka
2 łyżeczki musztardy
2 łyżeczki miodu
400 ml białego wina półsłodkiego/bulionu
100 g makaronu ryżowego vermicelli
odrobina oleju sezamowego/innego
1/2 czerwonej papryki
1/2 czerwonej cebuli
1-2 łodygi selera łodygowego
2 jajka
sól, pieprz, czosnek

Piersi z kurczaka umyć, osuszyć i doprawić.
Usmażyć na patelni. Odłożyć na talerzyk.
Wstawić czajnik wody, przygotować miskę, w której będzie “gotował” się ryż.
Z patelni wylać tłuszcz, odstawić na ogień, dodać wino/bulion, musztardę, miód, odrobinę soli i zredukować do konsystencji sosu.

Ryż w misce zalać wrzątkiem i pamiętać, żeby kontrolować czy się nie “rozgotowuje”.
Do prawie gotowego sosu wbić jajka i “usmażyć”.

Pokroić warzywa, w paski i piórka.
Na talerzach rozłożyć kolejno: makaron ryżowy, odcedzony i wymieszany z olejem sezamowym, seler, paprykę, cebulę, kurczaka pokrojonego w plasterki i jajko smażone. Polać sosem musztardowo-miodowym, może oprószyć odrobinę pieprzu. Gotowe :) Smacznego :)

2015-03-05

Tapenade - prowansalska pasta z oliwek

Przy dużym stole: Tapenade - prowansalska pasta z czarnych oliwek

Błyskawiczna w wykonaniu, bajecznie prosta, smacznie nieoczywista. Kolejna rzecz, którą wymyśliłam setki lat po tym, jak ktoś już zrobił to przede mną :) Jeśli nie bawić się w purystę, to można ją przygotować mniejszym kosztem. Smak oczywiście nie będzie identyczny, ale prawie, prawie…

Tapenade, napiszę Wam trochę o niej, bo polska Wikipedia opis ma raczej skromny. Pod tą nazwą pochodzi z Prowansji, ale przepis na analogiczną znaleziono w rzymskiej książce kucharskiej sprzed wieków, tfu, tysięcy lat :) Głównym składnikiem są zblendowane lub drobno posiekane oliwki, najczęściej czarne. Powinna zawierać też kapary i oliwę z oliwek. Świętokradztwem jest zapewne pominięcie kaparów, bo nazwa pasty pochodzi od prowansalskiego słowa “kapary”, czyli “tapenas”. Nieświadoma, zamiast kaparów, do oliwek dodałam ostrej papryki jalapeño ze słonej zalewy. Oczywiście, że pierwszą partię pożarłam sama :) We Francji serwowana, na chlebie i tostach, jako hors d'œuvre, czyli przystawka. Bywa, że służy za nadzienie do drobiowego lub rybnego dania głównego. Dodatkami bywają anchois (wym. pol. ãszuạ), czosnek, zioła, a nawet brandy. Moją tuningowałam odrobiną maggi (przyznam się, że przez lata nie uznawałam jej w mojej kuchni, ale niedawno kupiłam na czyjąś prośbę). Taaak, wiem, rozgadałam się, pogarsza mi się z wiekiem ;) Do rzeczy zatem.

Przy dużym stole: Tapenade - prowansalska pasta z czarnych oliwekTapenade - prowansalska pasta z oliwek

czarne oliwki (masa odcieku 130 g)
1 łyżka oliwy z oliwek
kilka kropli maggi/szczypta soli

Zblendować wszystko razem i po robocie. Serio :)
Albo posiekać,
albo przecisnąć przez praskę do czosnku,
albo… nie wiem,
wymyślcie i dopiszcie w komentarzach :D
Wcale nie rozwlekam, żeby się lepiej tekst komponował
ze zdjęciem po lewej.

Wcale, a wcale.
Nie rozumiem dlaczego mi nie wierzycie ;)

2014-05-15

Botwinka - zupa na wiosnę

Przy dużym stole: Botwinka - zupa na wiosnę

Trzeba korzystać, skoro na nią czas, bo wiosenne, młode liście buraków tylko wiosną są delikatne i smaczne. Teoretycznie można je też mrozić, ale sami wiecie – to już nie to.

Botwinka to jednocześnie nazwa zupy, gotowej potrawy, jak i młodych buraków, takich małych, z pękiem liści właśnie. Moja, tradycyjnie, zrobiona ekspresowo, bo z mrożonego bulionu, tym razem drobiowego. Zupa delikatna, a taki bulion jej smaku nie zdławi. Barszcz ukraiński wolę robić np. na wędzonych kościach, albo boczku, ale tutaj drobiowe pasuje najlepiej. Żebym nie zapomniała – namoczcie sobie kilka godzin wcześniej 1-1,5 garści dużej fasoli – najlepiej ugotować ją osobno, wtedy samą zupę robi się maksymalnie 20 minut :)

Do rzeczy? Proszszszszsz :)

Przy dużym stole: Botwinka - zupa na wiosnęBotwinka - zupa na wiosnę
(cały gar, ok. 3-3,5 litra, ale znika w oczach)

pęczek botwinki (mój składał się z 3 buraków i gęstwiny liści)
2-3 łodygi selera naciowego (albo kawałek “normalnego”)
1-1,5 garści dużej fasoli suchej (ok. 3 ugotowanej)
3 duże ziemniaki
2 szczupłe marchewki
1 zgrabna pietruszka
2 kurduplaste cebule (Calmunia, Ty się tu nie wypowiadaj, ok?)
2-3 łyżki tłuszczu do smażenia cebuli
3-4 ząbki czosnku
500 ml esencjonalnego bulionu drobiowego (4x125 ml mrożonego)
1-1,2 litra wody
3-4 listki laurowe
4-5 ziaren ziela angielskiego
pieprz, pieprz ziołowy, gałka muszkatołowa, sól
2 łyżki mąki
4-5 łyżek kwaśniej śmietany
ew. koperek do posypania

Botwinkę najlepiej nabyć dzień wcześniej, bo ona ma to do siebie, że jak nas najdzie natchnienie, to akurat nie dowieźli ;) Fasolę też najlepiej namoczyć dzień wcześniej i ugotować osobno. Zaoszczędzi to potem czasu i sensacji pospożywczych. Do gotowania swojej dodaję kminu, ponoć pomaga w “tę” stronę, ale na 100% poprawia smak, jakoś tak zaostrza i konkretyzuje, sól pod koniec gotowania, pamiętacie? No i gotujemy w świeżej wodzie, nie w tej od namaczania.

W przypadku tej konkretnej zupy, wg mnie, bardziej poprawnie politycznie i ergonomicznie zacząć od przygotowania warzyw. Rękawiczki na ręce i od botwinki odkroić liście z łodygami, buraki obrać, umyć, pokroić na ćwiartki i w plasterki. Łodygi z liśćmi umyć (wody zimnej w zlew sporo, wytaplać solidnie, wytrząsnąć, co się da. Odkroić łodygi od liści. Łodygi pokroić na kawałki mieszczące się bezproblemowo w paszczę (3-4 cm?). Osobno pokroić liście, na pół wzdłuż, a potem hurtem na paski, tak z 1,5 cm. Wrzucić do osobnej miski, na końcu je dodamy, bo są mięciutkie i nie muszą się długo gotować. Obrać ziemniaki, marchew, pietruszkę i cebule. Wszystko umyć i pokroić w kostkę.

Docelowy garnek rozgrzać na ogniu, dodać tłuszczu, wrzucić cebulę i smażyć, aż zacznie pachnieć zniewalająco. Jest teraz czas, żeby obrać i posiekać czosnek. Dodać go do cebuli pod koniec smażenia. Wstawić sobie czajnik wody (na kawę, na którą będzie czas i do zupy, będzie szybciej).

Do usmażonej cebuli dodać bulion (mrożony wrzucamy bez rozmrażania), gorącą wodę z czajnika, ziemniaki, marchew, pietruszkę i przyprawy. Kiedy warzywa będą prawie miękkie można już dorzucić ugotowaną fasolę i łodygi buraków, pedanci mogą spróbować wyłowić listki laurowe i ziele angielskie, ale niekoniecznie się uda ;)

Do słoika niedużego wsypać mąkę i zalać zimną wodą (tak ze dwa razy więcej wody niż mąki), zakręcić dokładnie. Wytelepać mąkę z wodą, nucenie jakiegoś skocznego kawałka pomaga (podpowiedź muzyczna u dołu). Tak fachowo rozrobioną mąką można zagęścić zupę odrobinę, nie trzeba, można. Na sam koniec gotowania dodać zahartowaną kwaśną śmietanę (ten sam słoik i telepiemy śmietanę z odrobiną zupy, dolewamy jeszcze trochę i znów telepiemy, ino rytmicznie).

Smakujemy, czy oby nie za mało kwaskowa ;), można tym koperkiem posiekanym, jak się zdąży.
Tak, poleciałam po bandzie z tym luzactwem, ale mam dobry humor, wolno mi, mój blog, chociaż Wy jesteście niezbędni do jego istnienia :-*

 

Przy dużym stole: Botwinka - zupa na wiosnę

 

                                    

2014-04-26

Domowy ketchup – 10 minut?

Przy Dużym Stole: Domowy ketchup – 10 minut

Jest smaczny, zdrowy i tani, coś dodać? Aaaaa, no przecież, – czas wykonania – góra 10 minut, ALE zyskuje na smaku, jeśli dać mu szansę przegryźć się przez kilka godzin (noc w lodówce?).

Dać mu szansę! Dać mu szansę! Dać mu szansę!

ps
przepis na domowy ketchup robiony tą metodą wynalazłam gdzieś w czeluściach Internetu, zapamiętałam 4 składniki, z nazwy, cała reszta to moja radosna twórczość :)

 

Przy Dużym Stole: Domowy ketchup – 10 minut

Domowy ketchup
(porcja na ok. 0,5 l)

400 g koncentratu pomidorowego
0,5 szkl. cukru trzcinowego, nierafinowanego
0,5 łyżki miodu
(można podmienić cukier na więcej miodu, ale wtedy trzeba "do smaku")
0,5 łyżeczki zmielonej gorczycy
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki cynamonu
4 goździki
2-3 ziarna ziela ang.
0,5 łyżeczki kolendry, ziaren
kilka kropli tabasco
1/2-2/3 szkl. letniej wody
3-4 łyż. octu winnego
ew. sos Worcestershire – jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami oryginalnego :)

Czemu należy się mielenie, to zmielić, jak najdrobniej, w młynku do kawy.
W misce zmieszać wszystkie składniki, do rozpuszczenia cukru.

Gotowe :) Smacznego!

2014-03-15

Szybka zielona zupa-krem z groszku i szpinaku

Przy Dużym Stole: Szybka zielona zupa-krem z groszku i szpinaku

 

Wiosnę czuć! Może nie wszędzie w ten weekend, ale w kościach to już na 100%, a wiosną celebrujemy zieleń i łakniemy witamin.

Przynajmniej ja łaknę, może nie osobiście, ale cielsko się domaga. Pewnie wie, co mówi, więc nie protestuję, tylko te witaminy ubieram w smaczne formy.

Ta konkretna zupa jest też moim rekordem życiowym, w prędkości przygotowania – mając mrożony bulion można ją przygotować w 7 minut, z zegarkiem w ręku, serio, ale o tym w przepisie.

Chciałam tylko donieść jeszcze, że ożywienie na blogu za przyczyną Gosi z Trochę Innej Cukierni i jej akcji “Zielono mi”.

 

 

Przy Dużym Stole: Szybka zielona zupa-krem z groszku i szpinakuZielona zupa-krem z groszku i szpinaku
(4 porcje, na oko)

230 g mrożonego groszku
130 g mrożonego szpinaku
3 porcje bulionu mrożonego (3x75 ml)
wrzątek
4-6 łyżek słodkiej śmietany
sól, pieprz, gałka muszkatołowa/pieprz ziołowy
solidna garść orzechów włoskich/pestek dyni
ew. oliwa z oliwek

Potrzebne będzie na początek ok. 750 ml wrzątku, więc spokojnie nastawiamy czajnik elektryczny i lecimy zajęć się resztą.

Mrożonki wyciągamy, spokojnie sobie odmierzamy (ważyłam specjalnie dla Was, ale na oko, to szpinaku 2-3 “brykiety, groszku z 6 garści). Wstawiamy garnek na kuchenkę, grzejemy, dokładamy bulion mrożony, zalewamy wrzątkiem. Teraz szpinak do gara z bulionem i jak się tylko rozmrozi, to miksujemy dokładnie blenderem (tak, w garnku, od tego są blendery zanurzeniowe).

Dorzucamy groszek, a na drugi palnik wstawiamy patelnię, na której prażymy orzechy/pestki dyni, wrzucamy do tostera tosty i sprawdzamy groszek (tylko nie rozgotować mi go tu, ma smakować jak ze strączka prosto, a nie z puszki w głębokim socjalizmie). Miksujemy zupę z groszkiem, doprawiamy, dodajemy śmietanę. Wlewamy na talerze, posypujemy orzechami, pestkami, możemy polać oliwą, jeśli mamy taką przedniej jakości.

Podajemy z grzankami. Smacznego :)

2014-02-05

Gęsty przecier z jabłek, bomba witaminowa do picia

Przy Dużym Stole: Gęsty przecier z jabłek, bomba witaminowa do picia

 

Może i słońce się pokazało ostatnio, ale pora roku taka, że trzeba się podeprzeć witaminami dla bezpieczności, zadbać o siebie i bliskich. Nie wiem jak Wy, ale ja sama niechętnie sięgam po całe owoce jak zimno za oknem. Jakoś mam wrażenie, że nawet w dotyku są zimne, chociaż niby “w temperaturze pokojowej”.

Wymyśliłam dziś sposób, żeby się dopompować zdrowiem i oszukać wrażenie chłodu. Zmiksowałam blenderem trochę dobroci i, ku mojemu zaskoczeniu, w efekcie otrzymałam gęsty mus, podobny do tartych jabłek ze szczenięctwa. Pamiętacie z dzieciństwa jabłka ucierane ta szklanych/plastikowych tarkach?

Oczywiście możliwa jest też wersja dla dorosłych li i jedynie – można dodać na każdą porcję po łyżce Amaretto, Limoncello, czy co tam Wam w duszy zagra… ;)

Części jabłek nie obieram ze skóry, raz, że więcej witamin zostanie, tych co się zaraz pod skórką właśnie czają, dwa, że czerwona skórka dodaje całości ładnego koloru. No i można sobie do pracy/szkoły zabrać na drugi dzień, w nieulepszonej wersji oczywiście, tylko wstrząsnąć przed użyciem, bo się rozwarstwi siłą rzeczy. Dodatek mandarynek/pomarańczy i cytryny zapobiegnie ciemnieniu, czyli utlenianiu.

Przy Dużym Stole: Gęsty przecier z jabłek, bomba witaminowa do piciaGęsty przecier z jabłek
(ok. 750 ml=3 szkl.)

3 duże jabłka
3 duże, soczyste mandarynki/pomarańcze
1 cytryna

Z cytrusów, do dzbanka, wycisnąć sok, wkroić jabłka (bez gniazd nasiennych, część można zostawić ze skórką). Dokładnie zmiksować blenderem.

W wersji dla dorosłych można na każdą porcję dodać po łyżce Amaretto, Limoncello, czy co tam Wam w duszy zagra… ;)

Gotowe! Smacznego :)

2014-01-12

Delikatny sernik czekoladowy

Przy Dużym Stole: Delikatny sernik czekoladowy

Ten kubełek sera czekał w lodówce na zajęcie się nim już chwilę. Od świąt ja czekałam na sernik, nie ten Pogoriowy, który naprawdę był jabłecznikiem pysznym (długa historia), ale sernik-sernik. Z oryginalnego przepisu ostały się tylko proporcje niektórych składników, o ile dobrze przeliczyłam z metrycznych “oz.”, które zawsze mnie o konfuzję przyprawiają. Dużo pozmieniałam – w oryginale sernik mieszka w cieście z pokruszonych ciastek Oreo i masła, u mnie – ze zwykłych herbatników, kakao rekompensującego czekoladowości Oreo i maślanki, która nadrabia za mokrość ich nadzienia. No co? Trzeba sobie radzić, tak? ;) No i czekolada, najlepiej ciemna, gorzka, 70-80 % kakao, tu nie ma co oszczędzać.

Rozdrobnić ciastka w malekserze? Skąd ja niby wezmę malakser? Dobra, w ręcach kruszymy i dokańczamy drewnianą pałką.Przyciąć papier do pieczenia na wielkość dna formy? Tia, a może zwyczajnie kwadrat położyć na dnie i zamknąć na tym obręcz, dodatkowo uszczelniając formę, lepiej?

Przy Dużym Stole: Delikatny sernik czekoladowy

Przy Dużym Stole: Delikatny sernik czekoladowyDelikatny sernik czekoladowy

1 łyż. masła, do natłuszczenia formy

250 g herbatników
2 czubate łyż. kakao
6 łyż. maślanki
85 g masła, stopionego

360 ml cukru
900 g sera mielonego
[i tu się okazuje, że niektórzy producenci piszą
na opakowaniu 1000 g, a jest 940…]
3 duże jajka
240 ml maślanki
2 łyż. likieru czekoladowego/amaretto
250-260 g dobrej, gorzkiej czekolady
[część dałam 74%, część 80%]

Nagrzać piekarnik do 170-175°C. Przygotować szczelną formę, w której zmieści się forma do pieczenia o średnicy 32 cm, będziemy piec w kąpieli wodnej i to nie takie trudne, jak się wydaje, ale o tym zaraz. Na blacie położyć dno okrągłej formy o średnicy 32 cm, na nim większy kawałek papieru do pieczenia, na tym zamknąć obręcz, jak widać na zdjęciu powyżej. Całą blachę natłuścić masłem , zawinąć w folię aluminiową i odstawić.

Pokruszyć herbatniki, nie musi być jakoś super dokładnie, wmieszać kakao, dodać 6 łyżek maślanki i stopione masło. Dokładnie wymieszać, przesypać do przygotowanej okrągłej formy, mokrymi dłońmi ugnieść z masy boki i dno.

Czekoladę stopić w kąpieli wodnej – najłatwiej chyba przygotować 2 garnki, większy i mniejszy, mieszący się wygodnie w dużym. Tak sobie dyndający oparty uszami o rant większego. Cały wic polega na tym, żeby woda gotująca się w większym dotykała dna małego i ciepło roztopiło czekoladę. Wodę gotuję w czajniku, szybciej jest :)

Ser z cukrem zmiksować, do rozpuszczenia cukru, wmiksować po 1 jajku, dolać maślankę, likier, wymieszać uczciwie i na koniec, miksując, dolać cienkim strumieniem czekoladę.

Sernikową masę wlać do przygotowanej i wyłożonej ciastem formy. Tego dość sporo jest (u mnie sięgało jakieś 1,5 cm do brzegu ciasta), ale nie rośnie przy pieczeniu prawie wcale, zsiada się tylko. Formę z sernikiem wstawić do większej, wszystko razem do nagrzanego piekarnika i dopiero teraz, do większej formy, wlać 2-2,5 cm gorącej wody.

Po robocie, można zrobić kawę i nastawić się na czekanie, może być aktywne ;) Sernik piecze się 70-80 minut. Bez strachu, temperatura jest przecież niska :) Po upieczeniu sernik przypomina konsystencją galaretkę, muszę przyznać, że miałam lęki, ale po wyjęciu z piekarnika i wystygnięciu jest jak było zaplanowane – delikatny, musowy prawie, czekoladowy i pyszny. Zupełnie wystudzony sernik wyłuskujemy z formy – przeciągamy wąskim nożem między ściankami ciasta a blaszką i otwieramy obręcz. Dalej już wiecie. Przechowywać w lodówce!

Smacznego!

2013-12-08

najszybsza zupa-krem - fasolowa z kukurydzą i tartym serem

Przy Dużym Stole: najszybsza zupa-krem - fasolowa z kukurydzą i tartym serem

10 minut, w sumie, jeśli tylko macie gotowy bulion.

To trochę próba namówienia Was na jeden ze sposobów ułatwiania sobie życia, o którym już kiedyś mówiłam - warto przygotować cały gar uczciwego bulionu i pomrozić w silikonowych foremkach muffinkowych, a potem przełożyć porcję do worka strunowego… Jednorazowa robota, a jaka oszczędność czasu :)

10 minut… Coś trzeba dodawać? Że zupa jest smaczna, to oczywiste, gdyby nie była, to bym Wam nie podawała przepisu ;) Rozgrzewająca, sycąca, posypana tartym ementalerem. Można podać ją z grzankami, tostami (zapieczonymi z serem?), łyżką purée ziemniaczanego doprawionego gałką muszkatołową… To co? Przystępuję do rzeczy, bo tu już chyba nie trzeba niczego mówić chyba.

No dobrze, historia, krótka.
- Będę za 10 minut, droga była dobra. Głodny będę.
- Czekam :)

Przy Dużym Stole: najszybsza zupa-krem - fasolowa z kukurydzą i tartym seremnajszybsza zupa-krem
fasolowa z kukurydzą i tartym serem

(4 porcje po ok. 200 ml)

1 puszka dobrej kukurydzy
1 puszka białej fasoli
250 ml bulionu
wrzątek z czajnika
150 g śmietany 18%, gęstej
szczypta kurkumy, dla koloru
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Fasolę wyłożyć na sito, przepłukać zimną wodą, dołożyć kukurydzę i zostawić do odcieknięcia.
Do garnka włożyć bulion, jeśli mrożony, albo wlać, jeśli płynnego używacie.
Dolać wrzątek z czajnika, 2-3 szklanki, tutaj dużo zależy od esencjonalności bulionu.
Dodać fasolę, kukurydzę i zagotować.

Teraz akurat jest czas na starcie sera. Warto kupić kawałek takiego lepszego, z mocnym smakiem i zapachem. Wystarczy po łyżce na porcję.
Zupę zmiksować blenderem ręcznym, doprawić solą, pieprzem, ziołowy też się sprawdzi, gałką muszkatołową i odrobiną kurkumy, jeśli chcecie uzyskać ładniejszy kolor.

Śmietanę zahartować dolewając do niej kilka łyżek gorącej zupy i mieszając dokładnie, jeszcze kilka łyżek, wymieszać i dolać do zupy.
Gotowe :)
Zupę już na talerzach, albo w kubkach, posypać startym serem.
Smacznego!

2013-11-25

Łatwe naleśniki biszkoptowe, bez ubijania

Przy Dużym Stole: Łatwe naleśniki biszkoptowe, bez ubijania

 

Ciepłe śniadanie na poranki w pośpiechu, albo leniwe weekendy? Od teraz może będę jadać, wymyśliłam kilka dni temu szybkie, łatwe i smaczne, co najważniejsze, naleśniki biszkoptowe. Śniadań nie jadam najczęściej. Gdybym jadała, to chciałabym jajecznice na maśle, z 4 jajek, ale że we własnym wykonaniu mi nie smakuje, to jakoś się nie zazębia. Tak, wiem, wstyd i sromota, ale przecież nie mówię, że nie umiem, tylko że mi moja nie smakuje tak bardzo, jak zrobiona przez kogoś, tak?

Smakują mi za to naleśniki, w ilościach hurtowych najlepiej, z powidłami śliwkowymi mocno kwaskowymi, albo z serem, karmelizowane jeszcze na patelni (przepis na ciasto podstawowe, na opisowe oko taki hehe). Naleśniki mają dwie wady, tylko, jest ich za mało – zawsze, i trzeba chwilę przy garach postać – najczęściej. Chyba, że ma się minimum 4 jednakowe patelnie, 4 sensowne palniki i można sobie hurtem. Zakładamy, że nikt normalny nie ma w domowej kuchni 4 jednakowych patelni (dobra, po dwie kupuję, gdybym miała więcej miejsca i pieniędzy, to bym kupowała po 4, w naleśnikowym celu właśnie - nie jestem specjalnie normalna, ale to już wiemy).

Rozwiązujemy naleśnikowo-śniadaniowy problem w sposób kreatywny, robimy naleśniki biszkoptowe. Są grubsze, nie trzeba 30 na głowę, żeby się najeść, tym samym krócej się przy kuchence stoi, no i mają swój puszysty urok. Jeszcze tylko wyrzucimy z obrazu hałasowanie mikserem i jesteśmy w domu, tak? Biszkoptowe bez miksera, biszkoptowe bez miksera, niebieskie kwiatki z kolcami, niebieskie kwiatki z kolcami, czym to spulchnić, czym to spulchnić? MAM! Soda i maślanka!

PLUS jeszcze jeden – nie oklapują, spokojnie zimne można wrzucić do pojemnika, do drugiego nadzienie jakieś i zjeść sobie później, zabrać do pracy, “na drogę”.

 

Przy Dużym Stole: Łatwe naleśniki biszkoptowe, bez ubijaniaNaleśniki biszkoptowe
bez ubijania (4 szt. po 22 cm średnicy)

 

2 szkl. (500 ml) mąki
2 jajka
2 szkl. (500 ml) maślanki
1 płaska łyżeczka sody
3 łyżki cukru
duża szczypta soli

 

tłuszcz do smażenia
jogurt grecki/owoce/biały ser z miodem/konfitura do podania

 

Wszystko suche wsypać do miski i wymieszać dobrze rózgą, ale powoli, żeby nie wyglądać na koniec jak młynarz po ciężkim dniu pracy :)
Dodać mokre i całość jeszcze raz solidnie rózgą wymieszać.

Przygotować sobie chochlę, taką do zupy, moja ma 200 ml pojemności. Nagrzać patelnię, na gorącą dodać tłuszcz i smażyć na średnim ogniu (1 chochelka ciasta = jeden naleśnik puszysty) obracając w strategicznym momencie. Całą skomplikowaną procedurę powtarzamy jeszcze trzy razy i tu kończy się praca, a zaczyna przyjemność ;)

ps
to ciasto nie może stać za długo, bo soda się wyszaleje z kwaśną maślanką i powietrze z ciasta ujdzie. Nic puszystego z tego nie wyjdzie, nic a nic.

Gotowe, smacznego!

2013-11-13

Góry Izerskie jesienią

Góry Izerskie - moje ukochane, o każdej porze roku :) Czasem ta miłość wymaga więcej poświęcenia, kiedy się leje za kołnierz, albo nos odmarza, czy pot oczy zalewa, ale zawsze to wynagrodzą, zawsze.  Kocham nie tylko za widoki ze smaczkami i smakami, ale też za ludzi, których tam poznałam. Nie umiem powiedzieć jak różnych i wspaniałych.

Na nieciekawą aurę za oknem i ciemności egipskie trochę izerskiej kolorowej jesieni.

PS
Od początku ostrzegałam, że normalna nie jestem, w dziwnych się kocham. Dostanie teraz za swoje, kto nie słuchał jak ostrzegałam, kto na czas nie uciekł.

UWAGA!!!
Blog może i kulinarny, ale grzyby na zdjęciach NIE DO JEDZENIA…

Przy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomoryPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomoryPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomoryPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomoryPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesieniąPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomoryPrzy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, muchomory

Przy Dużym Stole: Góry Izerskie jesienią, brusznica

Chociaż trochę teraz cieplej?

2013-11-06

Mazury, 2008, ale jednak, część 1

Przy Dużym Stole: Mazury

Mazury każdy widzi inaczej, jak świat – przez pryzmat własny się ogląda.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że się w żeglowaniu zakocham. Gdyby ktoś zasugerował mezalians takowy, to bym się uśmiała w głos. Nawet się wtedy nie zakochałam, to uczucie, to całkiem świeża historia. Uwaga: zniechęcać będę: jakość zdjęć jest kiepska – te odzyskałam z czeluści Internetu, jako że oryginały odeszły do krainy wiecznych bajtów z poprzednim dyskiem; słowotok odzyskany z forum, gdzie o wyjeździe opowiadałam. Ktoś jeszcze chętny czytać dalej? ;)

[nie jestem doświadczonym żeglarzem, nawet niedoświadczonym nie jestem, więc sugerowanie się przy żeglowaniu opiniami laika mojego pokroju może się źle skończyć... nie sugerować się mi tutaj, dobrze?]

Trafił mi się przypadkiem, dawno temu, rejs. Przyjaciel, który zna mnie chyba lepiej, niż ja sama siebie, A. niejaki, taki od wspólnej wspinaczki, odkrywania sztolni, rajdów samochodowych… Taki sprawdzony w ekstremalnych sytuacjach... Zapytał dnia pewnego, czy się nie przejadę na Mazury, pożeglować w sensie. Przejadę, a juści! Nic to, że akurat mieszkam za tą granicą, gdzie większość rodaków teraz mieszka. Noooo i nie umiem pływać. Jak obieca, że mnie będzie szybko z wody wyciągał w razie wpadki, to się piszę. Bedzie wyciągał. To pojechałam. Dwa razy nie trzeba się pytać. W końcu na rejsie jeszcze nie byłam.
Zebrała się jakaś większa ekipa z mojego miasta i hurtowo wyczarterowali kilka jachtów. Świetnie, będzie więcej ludzi do wyciągania mnie z wody, a przy okazji spłacę starzejący się dług - za naprawę 2 laptokow obiecałam koledze (M.), odżywiającemu się głownie batonikami, zapełnić zamrażalnik domowym żarciem (pieniędzy nie chciał). Jest okazja.
Zapakowałam co potrzebne i przyleciałam do Polski. Już na lotnisku trochę mi zapał ostygł, bo okazało się, ze nie tylko ja jedna jestem w 100% zatapialna, bo na nasz jacht trafi jeszcze mama kolegi (pani H. w wieku gdzieś przed 70) i znajomy T. (50 z hakiem). Świetnie, na 4 osoby na jachcie pływać umie tylko A. Ale nic to.
Pani H., kobieta z tymi, no, wiecie czym. Bardzo ją i jej męża podziwiam. Że jej się chciało, niepływającej, na jachty!
Wyjechaliśmy wieczorem, przez sklep, żeby zakupy zrobić, bo ponoć nawet nędzna zupka chińska w porcie na Mazurach kosztuje 4 zł (!). Przystanek we Wrocławiu, żeby prowiant M. zostawić. M. nie odbiera telefonu, ale to te nic, damy radę. Na pierwszej z brzegu stacji benzynowej zapytałam, czy mi koszyka dla znajomego nie przechowają. Przechowali, a M. wysłałam sms'a, że odebrać ma w te pędy i jeszcze im flaszkę czegoś dobrego zostawić. Obwołano mnie naczelnym załatwiaczem rejsowym i pojechaliśmy dalej.
Dotarliśmy rano najpierw do Pięknej Góry, zobaczyć czy Bosman już jest. Było wcześnie rano i klimatycznie... na zdjęciu śpiewu ptaków nie widać, ale wyobrażamy sobie, takie poranne trele, ok?

Przy Dużym Stole: Mazury

Przy Dużym Stole: Mazury

Bosmana nie było, ale to zgodnie z planem. Popędziliśmy do Gierłoży, obejrzeć Wilczy Szaniec, bo bunkry to my lubimy pasjami.

Przy Dużym Stole: Mazury

Podobała mi się tablica pamiątkowa postawiona na miejscu baraku, w którym dokonano próby zamachu na Hitlera. Nie wnikam w konotacje historyczne, zwyczajnie piękny pomnik, w natłoku tych paskudztw zasłaniających swoją szpetotą kraj nasz śliczny.

Przy Dużym Stole: MazuryPrzy Dużym Stole: Mazury

Same bunkry trochę inne, niż się spodziewałam, inne niż te, które widziałam do tej pory na Włodarzu, Osówce w kompleksie Rihttp://pl.wikipedia.org/wiki/Rieseese, czy w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym. Imponujące, ilość pracy, jaka w to włożono, infrastruktura, maskowania, ilość stali w tym betonie. Gdyby nie to, ze to Niemcy byli w tej wojnie be, to by mi było ich żal. Tak się starali, przygotowywali, planowali, a tu hurraaaaa... i Alianci ich rozłożyli na łopatki.
Jeszcze musieli te wypieszczone bunkry wysadzić uciekając. Te dachy skonstruowane jak wanny w przekroju, żeby móc je obsadzić zielonym go góry i schować, ściany pokryte zaprawą zmieszaną ze słomą, żeby mchem z czasem obrosły. Cel budowania jaki był, taki był, ale jak wszystko przemyślane!

Przy Dużym Stole: Mazury Przy Dużym Stole: Mazury

Przy Dużym Stole: Mazury

Wracając już do Pięknej Góry zauważyłam znak drogowy, do mojej kolekcji znaków lekkopółśmiesznych. Mam gdzieś jeszcze "uwaga renifery" z Islandii i sadzę się na "uwaga czołgi" koło poligonu, który kiedyś mijaliśmy :D.

Przy Dużym Stole: Mazury

Pomyślałam, że mam dwóch znajomych, którym się spodoba, przeżywają się pieszczotliwie nawzajem Łosiami :D Aaaa! Jeszcze jednego, którego ja Łososiem nazywam, bo “Łosiu” mu się nie podobało. Ale do rzeczy!

Jacht odebrany, sklarowany, kambuz (kuchnia icon_smile.gif ) opanowany, no to lecimy, yyy, płyniemy w sensie? Wiatru nie stwierdzono, zapadła więc decyzja, że lepiej załatwić kanały, bo tam i tak trzeba iść ze złożonym masztem i na silniku w większości. Kanały zobaczyć trzeba, a przynajmniej o nich doczytać.
Starym Kanałem Giżyckim z Jeziora Tajty na Niegocin, szlakiem przez Boczne, Jagodne, Szymoneckie, Szymon, Tołtowisko, Tałty, koło burżujskich Mikołajek. Nocowaliśmy w zatoce, na kotwicowisku naprzeciwko Mikołajek. Tutaj mapa Googlowa - może pomoże w moich zawiłych tłumaczeniach? Zaznaczona jest trasa drogowa, ale w jej pobliżu są wszystkie wspomniane jeziora, kanały miedzy nimi.

Widoki niektóre jak z innej epoki, na szczęście! Za dużo tych nowobogackich wstawek może nawet i Mazury obrzydzić.

Przy Dużym Stole: Mazury

Śmiesznie było, mijanie się z innymi jachtami w kanałach, czasem wąskich. Te wszystkie achy i ochy przy mijaniu innych, obserwowanie ludzi. Kto się pierwszy z kim przywita. Niby to wśród żeglujących zwyczajem uregulowane, ale ludzie, to ludzie, tylko ludzie ;) Generalizować będę przez chwilę... Ciekawe dlaczego Ci na lepszych jachtach oczekują, że ci na nie takich dobrych pomachają pierwsi? Maleńkie skorupki oblepione nastolatkami. Albo takie jachty na pełnym wypasie z przysłowiową niunia udrapowaną malowniczo do opalania i panem z kryzysem wieku średniego. Roboczo takie panie zwiemy Mariola. Znajomy opowiadał, że kiedyś widział jacht pt. "Kaprys Marioli" z taką, na oko, chyba 18 letnią Mariolą rozłożoną gołym plackiem :) Jak ludzie jachtu nie nazwą! “Lep na baby”, “I o to chodziło”, “Mam dłuższy”, “Teraz emerytura” :D Mnie zaciekawiła "asjopea", spotykaliśmy ją często bardzo.

Natura nie zawodzi za to. Po wyjściu z któregoś kanału spotkaliśmy takie cudo!

Przy Dużym Stole: Mazury

Przy Dużym Stole: Mazury

Na wysokości Mikołajek złapała nas solidna burza, ta co to "4 tyś gospodarstw bez prądu". Zaczepiła nas tylko bokiem, ale wszyscy na wszelki wypadek wskoczyli w kamizelki. Panią H. i T. wysłaliśmy pod pokład, żeby nie widzieli co się dzieje i w razie "w" nie szwendali się pod nogami. Lepiej, żeby się też nie stresowali.

Zdjęcie z początku burzy, bo potem już nie chciałam ryzykować, że aparat przemoczę. Twarz A. jest jak najbardziej w porządku, cyfrowo zamazałam ze względów oczywistych :)
Niesamowite, dla mnie, jak się inaczej patrzy na pogodę na wodzie, albo w górach.
Taka burza w mieście, to żadne przeżycie, niewygoda najwyżej. Na wodzie zupełnie cos innego. Z żywiołami walczyliśmy rofl.gif
Większość ludzi uciekała do portów, tylko Ci którzy szli dalej patrzyli na siebie nawzajem znacząco. Szli, bo wiedzieli, że uciec nie zdążą sensownie, więc bezpieczniej może przeczekać z dala od wszystkiego, na co można zostać zepchniętym. Teraz to śmiesznie brzmi, ale wymienia się takie uśmiechy uznania.
No i było co przeżywać wieczorem icon_smile.gif

Przy Dużym Stole: Mazury

Po śniadaniu następnego dnia popłynęliśmy do Galindii. Nazwa krainy historycznej, ale przybytek współczesny też Galindią się zowie. Niesamowite miejsce. Półwysep u ujścia rzeki Krutyni do Jeziora Bełdany.
Historycznie to: "Galindia, kraina historycznego plemienia Galindów. Obejmuje obszar około 20 ha w centrum Puszczy Piskiej na terenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Okolice Iznoty od V wieku p.n.e. do XIII zamieszkiwały plemiona Galindów, o których pisali kronikarze rzymscy m.in. Tacyt i Ptolemeusz. Przez Galindię przebiegał Szlak Bursztynowy [...]Nasza Bursztynowa Komnata jest zbiorem przepięknych wyrobów ilustrujących czas przeszły, stanowiąc równocześnie głębokie przesłanie dla następnych pokoleń. Obecny wódz Yzeggus II wskrzesza i kontynuuje uniwersalne idee Galindów."
Współcześnie - nazwa ośrodka zbudowanego przez jakieś małżeństwo. Wszystko tak niesamowicie dopracowane! Wypieszczone. Wszystko frontem do klienta.

Pomost od strony wody, też w duchu czasów. Z dyżurna Galindką, pobierającą opłaty za wstęp. Tylko 5 zł za jacht, bez względu na ilość załogi, co w porównaniu z innymi cenami (10-15 zł za parkowanie, 7-15 zł za ciepły prysznic, całe 6 minut) nie było wygórowaną ceną.

Przy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury Galindia

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Tutaj przewoźny bar, jak zauważyłam dopiero na zdjęciach - widzicie te zasłonięte juta rury wychodzące z beczki? W dużym zbliżeniu, na monitorze komputera, zauważyłam, że to rury od zamaskowanej beczki z piwem :)

Przy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury Galindia

Wejście do jednego z bocznych budynków, z przodu był bar, a to wyjście z zaplecza.

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Na terenie ośrodka jest wiele miejsc piknikowych, miejsc do grillowania, zabaw integracyjnych. Naprawdę zachwycające, jak wszystko zadbane, przemyślane, postarali się ukryć wszystkie gniazdka, lampy, latarnie, czy same grille, rozrzucone w strategicznych miejscach półwyspu.

Zwróćcie uwagę, że nie uszkodzono żadnego z drzew, jeżeli rzeźby są na żywych drzewach, to zostały nałożone na pnie.

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Przy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury Galindia

Wnętrze głównego budynku też imponujące, dopracowane jak wszystko. Żałuję, że nie miałam ze sobą statywu, żeby zrobić zdjęcia barów, ale mam za to sale chyba śniadaniowa. Zaimponowało mi, ze nawet duperele w konwencji, nie postawili plastiku :)

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Przy Dużym Stole: Mazury GalindiaPrzy Dużym Stole: Mazury Galindia

Nie znam przeznaczenia pomieszczenia na zdjęciu poniżej, ale popatrzcie tylko...

Przy Dużym Stole: Mazury Galindia

Ale, że myśmy tam pływaj się wybrali, to wracamy na wodę - popłynęliśmy do Ruciane-Nida. Przez Jez. Mikołajskie, Bełdany i Śluzę Guzianka, głownie dla śluzy właśnie, no i stacji benzynowej :) Znów link do mapy, drogowej, więc sobie wyobraźcie drogę z A do B, ale wodą. T. jeszcze kupił wędkę z przyległościami, bo w tzw. międzyczasie pani H. opowiedziała mu, że bym sobie zjadła rybę, taką tylko w mące obtoczoną, i na patelnię. Do końca wyjazdu sukcesywnie zad odmrażał, żebym ryby miała :)

Przy Dużym Stole: Mazury wędkarzSpotkaliśmy "asjopeę", która okazała się "Kasjopeą", tylko z "k" odklejonym na jednej burcie :) Wróciliśmy mniej więcej tą samą trasą, ale zajrzeliśmy na Śniardwy. Piękne są. Niestety zdjęć nie robiłam, bo trzeba było zając się sznurkami od tych szmat ;) Śniardwy to obszar ciszy, na silniku nie można i wchodzi się już na żaglach przez ten przesmyk wąski. Oczywiście wychodząc ze Śniardw spotkaliśmy kogo? Kasjopeę. Spotkaliśmy też Chopina. Szkoda tylko, że na pokładzie kapela żałośnie pogrywała jakiś kawałek disco polo. Serce się kurczy na taki widok. Żagle rozwinięte byle które, na pokaz tylko, taki łabędź ze skrzydłem na temblaku.
Spotkaliśmy też "Szeherezadę", jeden z PKS'ów. Wyglądał też jak Szeherezada, ale ta kiepska, pomalowana w ciapaje, z wizerunkiem pokurczonej kobiety na burcie. Pomyślcie o brzydko pomalowanej ciężarówce. Do tej pory takie PKS'y mazurskie kojarzyły mi się z siwym kapitanem, witającym gości przy trapie, białymi koszulami, dumą jakaś. Zniszczyli mi dzieciństwo tą Szeherezadą ;)

Przy Dużym Stole: Mazurskie kanały

Nocowaliśmy na kotwicowisku, niedaleko poprzedniego. Przybijamy do pomostu i kto już przy nim cumuje? Kasjopea.
Oczywiście spektakularnie poślizgnęłam się na pomoście przy łapaniu cumy :) Zdjęć nie mam ;-P Ledwo zacumowaliśmy, a T. już rozłożył wędkę i poleciał do lasu na sekundę. Jakoś od słowa do słowa, uradziłyśmy z Panią H., że trzeba T. podpiąć do wędki puszkę tuńczyka. 400 g akurat miałyśmy :D Żeby chłop nie mówił, że ryby nie ma, taaaak? Wysłałam A. pilnować, żeby nas T. nie nakrył na gorącym uczynku. Panowie z Kasjopei mieli niezły ubaw oglądając jak się motamy z wędką.
- T.? A co to znaczy, jak spławik po powierzchni pływa?
- że grunt źle ustawiony...
- T.? to chyba masz źle grunt ustawiony...
No i do tej pory mi łzy lecą, jak sobie przypomnę minę T. jak te puszkę tuńczyka ujrzał na końcu żyłki :D

Przy Dużym Stole: Mazurskie wędkarz

Teraz na zanętę zdjęcie dziś ostatnie. Zanęcam, żebyście wrócili na drugi kawałek podróży po Mazurach, oglądanej moimi oczyma :)

Przy Dużym Stole: ryba smażona w tłuczonych paluszkach

LinkWithin

Blog Widget by LinkWithin